Woski Yankee Candle podbiły moje serce. Opisywałam kilka
zapachów:
W sieci zrobiło się głośno o woskach Kringle – że niby
większe (fakt), że się nie kruszą (fakt), ze mają opakowanie (fakt).
Niby wszystko
na plus, więc skusiłam się na zapachy:
- świeżo upieczony chleb (chodzi za mną świeża bagietką z
BBW, ale jakoś jej trafić nie mogę)
- świeżo skoszona trawa (grunt to mieć faceta uczulonego na
trawę i kochać ten zapach:P)
- gruszka
Cena jednego wosku to 13zł.
I cóż… jestem zawiedziona zapachami.
Pieczony chleb to wielki śmierdziuch. Wali. To nawet nie
leżało obok chleba z supermarketu. Fuj.
Nie wiem jak go opisać… Jest mdły, duszący, po zapaleniu strasznie rozbolała
mnie głowa. Leci do kosza!
Gruszka… pachnie ładnie, ale to nie gruszka. Zapach jest delikatny,
subtelny, po zapaleniu ładnie otula pomieszczenie, ale 1 kawałek (w opakowaniu jest
ich 5) wystarcza na jakieś 4-5 paleń (ja pale po 3-4h).
Koszona trawa pachnie jak łąka, trochę pokrzywowo, jest w
porządku, ale inaczej ten zapach sobie wyobrażałam. Jest dosyć intensywny
podczas palenia. I chyba zacznie mnie od niego głowa boleć:(
Ogólnie zapachy, które wybrałam nie do końca spełniły moje
oczekiwania i zdecydowanie zostanę przy woskach Yankee Candle!